Jeszcze kilka lat temu takie informacje pojawiały się sporadycznie. Gdzieś między innymi wiadomościami przewijała się krótka wzmianka o kierowcy potrąconym na poboczu i temat znikał tak szybko, jak się pojawił. Dziś mam wrażenie, że wraca regularnie. Co kilka dni, czasem częściej. Kolejny kierowca, kolejne pobocze, ta sama historia.
I najgorsze w tym wszystkim jest to, że prawie każdy – szczególnie starsi kierowcy zawodowi – dokładnie wie, jak to wyglądało.
Zjazd na pobocze, włączone awaryjne i szybka decyzja, że trzeba to ogarnąć „na już”. Nie ma czasu na zastanawianie się, nie ma analizowania ryzyka. Jest zadanie do wykonania. Koło się nie zmieni samo, trasa nie poczeka, a czas w tej pracy zawsze ma swoją cenę.
W takich momentach głowa działa inaczej. Nie myślisz o tym, co może się wydarzyć za minutę albo dwie. Nie myślisz o rodzinie, o tym, kto na Ciebie czeka w domu. Nie dlatego, że to nieważne. Po prostu wchodzisz w tryb pracy, który każdy kierowca zna aż za dobrze: naprawić, ruszyć, dojechać. Tylko to się liczy.
I właśnie wtedy pojawia się to zdanie, które chyba każdy z nas kiedyś powiedział: „to tylko pięć minut”.
Problem polega na tym, że te „pięć minut” pojawia się w niemal każdej takiej historii. Nie godzina, nie pół dnia. Zawsze kilka minut. Tyle wystarczy, żeby coś poszło nie tak.
To nie jest pojedynczy przypadek
Wystarczy wpisać w Google kilka słów.
„Kierowca zginął na poboczu”.
I nagle okazuje się, że to nie jest jeden przypadek.
Nie dwa.
To jest cała seria takich historii.
Droga krajowa 78 – kierowca ciężarówki ginie podczas zmiany koła.
Autostrada A2 – kilka sekund i tragedia, kiedy kierowca jest już poza pojazdem.
Inny przypadek – stojący zestaw na poboczu, w który uderza kolejna ciężarówka.
I to wszystko z ostatnich miesięcy.
To nie są historie sprzed lat.
To nie są wyjątki.
To jest coś, co dzieje się cały czas.
I w żadnym z tych przypadków nie ma niczego, czego byśmy wcześniej nie widzieli na własne oczy.
Patrząc później na komentarze pod artykułami czy wpisami w grupach, widać, że reakcje kierowców są niemal identyczne. Jedni piszą, że każdy tak robi i nie ma wyjścia, inni, że też zmieniali koła na poboczu dziesiątki razy i nic się nie stało. Pojawia się też to najczęstsze podsumowanie – że wystarczy jeden człowiek, jeden błąd i wszystko się kończy.
I trudno się z tym nie zgodzić.
Bo pobocze daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Stoisz niby poza pasem ruchu, masz włączone światła awaryjne i jesteś przekonany, że jesteś widoczny. Tylko że obok Ciebie, dosłownie kilka metrów dalej, lecą osobówki, kampery i zestawy po dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Czasami szybciej. Wystarczy chwila nieuwagi, zmęczenie, walka ze snem, telefon w ręku albo zwykłe zagapienie, żeby ktoś znalazł się dokładnie tam, gdzie nie powinien.
Najbardziej uderza jednak to, że to nie są sytuacje wyjątkowe. To nie jest coś, co przydarza się raz na kilka lat. To jest część tej pracy. Każdy kierowca miał moment, w którym musiał coś ogarnąć na poboczu. Każdy stał przy kole, z kluczem i rurką, próbując ruszyć zapieczoną śrubę. I każdy był przekonany, że kontroluje sytuację.
Do czasu.
Nie ma sensu w tym miejscu pisać o przepisach i zasadach, bo każdy je zna. Każdy wie, jak to powinno wyglądać w teorii. Problem w tym, że życie kierowcy rzadko kiedy wygląda jak w podręczniku.
Tu chodzi tylko o jedną rzecz. O ten konkretny moment, kiedy podejmujesz decyzję, czy robisz coś „na szybko” na poboczu, czy jednak odpuszczasz, tracisz czas, wydajesz pieniądze i wybierasz bezpieczniejsze rozwiązanie.
To nie jest łatwa decyzja. I nikt nie będzie udawał, że jest inaczej.
Na koniec
Na koniec trafiłem jeszcze na jeden komentarz, który dał mi do myślenia.
Ktoś napisał, że nie każdy to robił, bo czasami wystarczy się na chwilę zatrzymać i pomyśleć, zanim zrobi się coś głupiego. I że kierowca to nie mechanik – nie te czasy.
I coś w tym jest.
Zwłaszcza starsi kierowcy dobrze widzą, jak bardzo ta praca się zmieniła. Kiedyś wiele rzeczy robiło się samemu, bo często nie było innego wyjścia. Dziś mamy serwisy mobilne, assistance, firmy, które przyjadą i ogarną temat na miejscu.
Co więcej – w wielu zestawach nie ma już nawet koła zapasowego. I to też o czymś świadczy. Ten zawód się zmienił, sprzęt się zmienił, podejście do pracy też powinno.
Coraz więcej kierowców już nawet nie zastanawia się nad zmianą koła na poboczu. Po prostu dzwonią i czekają.
Wciąż jednak są tacy, którzy chcą zrobić to sami. Szybciej, taniej, „bo zawsze się tak robiło”.
I może właśnie tutaj jest moment, w którym warto się zatrzymać.
Bo czasy się zmieniły.
Drogi się zmieniły.
Ruch się zmienił.
A ryzyko… zostało takie samo.
I może nie wszystko, co kiedyś było normalne…
dalej ma sens dziś.
Może więc warto czasami zatrzymać się na sekundę i pomyśleć, czy te kilkadziesiąt minut naprawdę jest warte tego ryzyka.
Nie jako kierowca.
Tylko jako człowiek, który ma do kogo wracać.
Kabina, kawa i coś, co oderwie myśli od tachografu – jeśli tu zaglądasz, to wiesz, o co chodzi.
Masz ochotę dorzucić się na kawę za ten wpis albo po prostu doceniasz to, co robię? Będzie mi miło – w trasie każda kawa smakuje lepiej 😉☕
Jeśli nie chcesz przegapić kolejne wpisy — zasubskrybuj bloga. Formularz znajdziesz na dole strony.
Szerokości, przyczepności i spokojnych kilometrów! 🚛💨
Zostaw komentarz